Idealna rodzina

Jak pisał Dostojewski „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”. Ten drugi rodzaj rodzin ukrywa się często za fasadą eleganckiego szczęścia i tak właśnie jest z Cartretami, bohaterami „Idealnej rodziny”.

Pony, najmłodsza z Cartreterów, topi się w niewyjaśnionych okolicznościach w jeziorze koło letniskowego domu rodziny. Była świetną pływaczką, a na brzegu zostawiła swego rocznego synka. W dniu śmierci chciała przekazać coś istotnego bratu Williamowi, jednak nie zdążyła.

Policja utrzymuje, że Pony zginęła w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Była czarną owcą w rodzinie, więc większość jej bliskich nie ma problemu z uwierzeniem w tę wersję wydarzeń. Jedynie William podejrzewa udział osób trzecich i pomimo oporów rodziny próbuje wyjaśnić sprawę.

Autorka nakreśliła ciekawy portret współczesnej rodziny, niegdyś potężnej, dziś chylącej się ku upadkowi. Sztucznie podtrzymywane więzi nie wytrzymują próby, której poddano Cartreterów. Ze stron książki bije samotnością, żalem, zawiedzionymi nadziejami. I choć Lewis funduje nam nieco holywoodzki happy end, ma on gorzki smak.

Lewis dobrze poradziła sobie z częścią obyczajową książki. Nie można tego samego powiedzieć o wątku kryminalnym. Praktycznie od początku wiadomo, kto zamordował Pony. Nieco suspensu na pewno by nie zaszkodziło.

„Idealna rodzina” została fatalnie zredagowana. Pełno w książce błędów, już nie wspominając o pomylonym imieniu zamordowanej siostry (Pony, nie Pam!) na obwolucie! Niestety wpłynęło to bardzo negatywnie na mój odbiór tego tytułu.

Żałuję zakupu „Idealnej rodziny”. To pozycja z rodzaju, których nie trzeba mieć na półce. Moja ocena to 3/6.

Opublikowano Przeczytane 2012 | 8 komentarzy

Kryminalna „Siostra”

Urozmaicam sobie czytanie, sięgając na przemian po coś bardziej ambitnego (vide „Chmurdalia”), a w tzw. międzyczasie po jakiś kryminał/thriller. Tym razem przyszła kolej na „Siostrę” Rosamund Lupton.

Lupton zaskakuje od pierwszej strony ciekawą formą. Poznajemy historię śmierci Tess poprzez lekturę listów jej siostry – Beatrice, skierowanych do zmarłej. Beatrice opowiada wszystko od początku, znając już zakończenie. Często dyskretnie sugeruje coś czytelnikowi, próbując zmylić jego czujność. Wiele w tych listach także emocji, prób wyjaśnienia siostrzanych relacji. Każdy, kto ma siostrę, z pewnością odnajdzie coś dla siebie w tej książce.

Wątek kryminalny jest interesujący. Ginie 22-letnia Tess, kilka dni po urodzeniu martwego dziecka. Policja orzeka o samobójstwie, z czym jako jedyna, pomimo dowodów przemawiających za tym rozpoznaniem, nie zgadza się jej siostra. Nie można powiedzieć, że rozpoczyna własne dochodzenie, bo tak nie jest. Próbuje się po prostu dowiedzieć więcej o ostatnich dniach życia siostry i powoli odkrywa kolejne elementy układanki.

Innym ciekawym elementem książki jest zagadnienie terapii genowej w łonie matki. Dla miłośników medycznych tematów, na pewno będzie to dodatkowa rekomendacja.

„Siostra” wciąga, czyta się lekko, choć momentami bywa nieprzyjemnie. Dobry kryminał, polecam!

Opublikowano Przeczytane 2012 | 4 komentarzy

Chmurdalia

„Chmurdalia” to druga część losów Jadwigi i Dominiki Chmury (o pierwszej, czyli „Piaskowej Górze” pisałam tutaj). Tym razem prym wiedzie młodość, czyli Dominika, której poświęcona jest nieco większy ułamek książki. Jadzia – matka nie zostaje jednak pominięta.

Już sam tytuł wskazuje, że „Chmurdalia” jest książką inną niż „Piaskowa Góra”. „Chmurdalia” ma wymiar bardziej symboliczny, magiczny. „Piaskowa Góra” była głęboko zakorzeniona w ponurej rzeczywistości, wręcz uwiązana. Uwierała swoją szarością i życiem w zaklętym, zataczającym przez pokolenia okręgu niepowodzeń.

„Chmurdalia” to wyzwolenie, szczęście. Jak pisał Leśmian w „Szczęściu” właśnie: Coś srebrnego dzieje się w chmur dali…

Dominika wymyśliła sobie „Chmurdalię” z przyjaciółką Małgosią, marząc o lepszym życiu na dachu bloku na Piaskowej Górze. Po wypadku, któremu uległa, zostaje przetransportowana do Niemiec. Tam wraca do zdrowia i poznaje swoją późniejszą przyjaciółkę – rehabilitantkę Sarę. Razem z nią zaczyna podróżować po świecie i szukać w ten sposób siebie.

Jadzia nadal mieszka na Piaskowej Górze. Powoli dokonują się zmiany w jej świadomości, zaprzyjaźnia się nawet z homoniewiadomo. Jadzia z jednej strony rozpowszechnia swą dumę z córki, z jej podróży po wielkim świecie; z drugiej drży, czy córce nie dzieje się krzywda. „Konserwuje czas” w postaci rozmaitych słoiczków z przetworamii. Pomiędzy odwiedzinami Dominiki, męczy ją samotność.

Jadzia boi się nieznanego, jest kopią milionów Polek, które myślą podobnie. „Politykowaniem Jadzia nazywała każde wyrażenie swojego zdania, które nie pasowało do jej poglądów lub mąciło jej w głowie, tak że wszystko kićkała; politykowanie budziło w niej wstręt i gdyby mogła, stanowczo by go zabroniła.” Jadzi udaje się jednak wyzwolić i spojrzeć, choć podejrzliwym okiem, to jednak z iskierką zaciekawienia, nieco szerzej na świat.

Relacja matka-córka ewoluuje. I choć nie udaje im się naprawdę porozmawiać, wewnętrznie godzą się ze sobą. Zaczynają nowy, naznaczony wspólnym początkiem rozdział swojej historii.

„Przyjeżdżają! mój wnuczek Ted przyjeżdża z Berlina, stara Greczynka wtoczyła się ze swoim kraciastym wózkiem na zakupy i uściskała Dominikę; będą za tydzień, trzeba zacząć przygotowania, jest tyle do zrobienia. Dominika znała takie przygotowania i wiedziała, że wkrótce inna kobieta, jej matka, będzie z taką samą werwą przygotowywać za duże ilości jedzenia w oczekiwaniu na córkę. Gdy Dominika była młodsza, denerwowało ją marnotrastwo, nadmiar i to, co w swej młodzieńczej naiwności brała za tracenie energii na rzeczy błahe. Teraz wiedziała, że na świecie żyją miliony kobiet, które tylko w ten sposób potrafią okazywać miłość, a żadnej prawdziwej miłości nie okazuje się, wyliczając racjonalnie, ile pierogów czy dolmades zje ten, kogo kochamy. Nabierała nawet dziwnej chęci, by potrawy, których przyrządzania uczyła ją Apostolea, zrobić kiedyś swojej matce, Jadzi.”

Autorka nadal posługuje się świetnym językiem, używa wielu rozległych dygresji. Odniosłam wrażenie, że geograficzne rozproszenie nie współgra tak doskonale z przyjętą językową formą jak w pierwszej części losów Dominiki i Jadzi. Język jest w końcu charakterystyczną cechą każdej kultury. Możliwe, że autorka chciała pokazać uniwersalność przekazu, nie przekonało mnie to jednak całkowicie.

„Chmurdalia” nigdzie się nie spieszy, ma swój powolny rytm, który czytelnik musi zaakceptować. Wątki splatają się magiczną klamrą w postaci złotego nocnika Napoleona. Każda postać, nawet ta najmniej znacząca, okazuje się finalnie mieć swoją wartość. Bardzo interesująca i piękna książka, polecam!

Opublikowano Przeczytane 2012 | 7 komentarzy

Ku pamięci [*]

Dziś 1.02.2012r. odeszła w wieku 89 lat Wisława Szymborska. Przedstawiać Noblistki nikomu nie trzeba.

W wierszu „Nagrobek” (1962) tak pisała o własnej śmierci:

„Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.

Oddajmy się więc zadumie zgodnie z życzeniem Poetki…

Opublikowano okolicznościowe | Otagowano , , | 4 komentarzy

Drzwi do piekła

Kupiłam książkę pod wpływem impulsu. Okazało się, że „Drzwi do piekła” to nowa wersja „Gier małżeńskich” z 1994 roku. Przyznam, że nie podoba mi się takie postępowanie autorki/wydawnictwa. Podchodzi to pod naciąganie. Jedynym plusem całej sytuacji jest fakt, że „Drzwi do piekła” to naprawdę dobra lektura.

Daria, dwudziestoletnia dziewczyna zakochała się w starszym od siebie mężczyźnie. Edward był wówczas redaktorem naczelnym pisma literackiego, widział w niej zdolną pisarkę i fascynującą kobietę. Nikt nie znał prawdziwego oblicza ich związku. Nikt też nie zrozumiałby takiej miłości, miłości-wyzwania, miłości-gry, miłości-kontroli. Daria kochała męża. I zabiła go. A potem zadzwoniła na policję. Skazana na dwanaście lat za zbrodnię w afekcie, trafiła do więzienia dla kobiet. Do piekła, które okazało się dla niej czyśćcem. Drogę do samej siebie odnalazła dzięki drugiej kobiecie…

Więzienie zawsze mnie przerażało. Zamknięcie, ograniczenie, brak prywatności. „Drzwi do piekła” spotęgowały moje odczucia. Jednak jak pokazuje przykład głównej bohaterki, człowiek potrafi przystosować się do każdych warunków.

Daria próbuje wieść spokojny więzienny żywot, nie wchodzić w konflikty, przemykać bokiem. Musi jednak stawić czoła współwięźniarkom i w końcu udaje jej się to zrobić, nie łamiąc (całkowicie) własnych moralnych zasad. Stara się odkryć w osadzonych człowieka z duszą. Każda z kobiet ma swoją historię, po której poznaniu nie wydaje się straszną zbrodniarką, a nieszczęśliwą osobą. W więzieniu, chyba trochę jak w życiu, z niemal każdym  jako jednostką można nawiązać nić porozumia. Przebywając w grupie odgrywamy już swoje role, zakładamy maski i rodzą się konflikty.

Daria, z uwagi na swoją sławę pisarki, zyskuje pewien respekt wśród współwięźniarek. Udaje jej się też bez większych problemów otrzymać pozycję więziennej bibliotekarki. Kobiety chętnie się jej zwierzają, a Daria poleca im różne lektury. Nakłania kierownictwo więzienia do zorganizowania przedstawienia. Odniosłam wrażenie, że Nurowska posłużyła się tu schematem – resocjalizacja poprzez sztukę. Wydaje mi się to zbyt naiwnym podejściem.

„Drzwi do piekła” to mocna książka, daleka od typowej, rozdelikatnionej literatury kobiecej. Przesycona jest erotyzmem i przemocą. Równolegle, przeplatana jest historią małżeństwa Darii, której daleko do romantycznej love story. Obserwując rosnącą toksyczność tego związku, aż chce się krzyczeć do głównej bohaterki, by wykrzesała z siebie nieco odwagi, jakiejś determinacji, by to przerwać. Z góry znane jest jednak końcowe rozstrzygnięcie, więc śledząc ten wątek, zastanawiałam się, czy wydarzenia mogły potoczyć się inaczej.

Jeszcze kilka dobrych książek polskich twórców i będę musiała zrezygnować z mojego, dość protekcjonalnego do nich podejścia. Przede mną „Pióropusz” Mariana Pilota, oby polska dobra passa trwała w najlepsze!

Na koniec polecam jeszcze nagranie z Marią Nurowską, w którym opowiada o kulisach powstawania książki.

Opublikowano Przeczytane 2012 | 5 komentarzy

Kryminalna drama

Kryminalna drama raczej niskich lotów, czyli „Dziecko Emmy” Abbie Taylor, dowodzi, że niektórzy lekarze powinni trzymać się wyuczonego zawodu ;-)

Drzwi wagonu metra zamknęły się, zanim zdążyła wsiąść, obładowana zakupami i wózkiem.Za szybą widzi nieuchronnie oddalającą się twarz synka, ale obok mignęła twarz kobiety – chyba dała jej znak, że zaopiekuje się chłopcem… Emma miota się po peronie – aż do przyjazdu kolejnego pociągu. Tak… Piękna, elegancka kobieta siedzi na następnej stacji i tuli jej synka. Potem zaprasza ją do kawiarni, dzwoni po męża i proponuje podwiezienie. A kiedy Emma wychodzi do toalety, wytworna pani znika z jej synkiem. I nikt jej nie widział… Emma gorączkowo biega, krzyczy, błaga,zaczepia przechodniów. Nikt jej nie wierzy… Emma budzi się w szpitalu, gdzie proponują jej konsultację psychiatryczną. I nadal nikt jej nie wierzy. Dwudziestopięcioletnia samotna zdesperowana matka rozpoczyna szaleńcze własne śledztwo i walkę o odzyskanie swojego dziecka. Wbrew wszystkim i z narażeniem życia…

Historia Emmy i porwania jej dziecka jest do bólu przewidywalna. Należy dodać do tego rażąco oczywisty wątek romansowy i przepis na słabą książkę gotowy. Przyznam, że czyta się to dość dobrze, szczególnie w warunkach tramwajowych. „Dziecko Emmy” to czytadło, przy którym nie trzeba się wysilać.

Irytowała mnie główna bohaterka, nieporadna, dziwnie bojaźliwa. Z jednej strony współczułam jej sytuacji, w której się znalazła – całkiem sama z małym dzieckiem, bez przyjaciół, rodziny, dosłownie bez nikogo. Jednak częściowo sama do tego doprowadziła i nie miała ochoty na wprowadzanie zmian. Po odzyskaniu synka  jej życie, cudownym trafem, zmieniło się na lepsze. Happy end dla naiwnych.

„Dziecko Emmy” należy do książek, których czytanie zdecydowanie można sobie darować. Słabe czytadło.

Opublikowano Przeczytane 2012 | 5 komentarzy

Czarne mleko

„Czarne mleko” Elif Safak odrobinę mnie rozczarowało. Ogólnie rzecz biorąc, książka zalicza się do tzw. fajnych, ale podszyta jest grafomańską nutą.

„Czarne mleko” przedstawia rozterki autorki, jako pisarki, na temat macierzyństwa. Początkowo są one czysto hipotetyczne, z czasem, gdy Safak zachodzi w ciążę, przestają być tylko teorią.

Zastanawiałam się, czy warto sięgać po ten tytuł, jeśli podobne dylematy są mi na razie raczej odległe. Wszystkim mającym podobne wątpliwości zdradzę, że „Czarne mleko” bardziej opisuje wewnętrzne rozdarcie pomiędzy wieloma rolami, jakie gramy w życiu niż skupia się na samym macierzyństwie.

Z opisu przeżyć Safak wnioskuję, że o depresję poporodową raczej się otarła, niż na nią cierpiała. Nazwałabym to zwykłym baby-bluesem (czasowe obniżenie nastroju spowodowane reakcją hormonalną organizmu na poród. Ciało kobiety próbuje dostosować się do nowej sytuacji „bez dziecka” w swoim wnętrzu, co wpływa na wahania hormonalne oraz zaburzenia nastroju. Baby Blues nazywane jest też przygnębieniem poporodowym). Starania autorki, by lekko i zabawnie przedstawić depresję poporodową jako Lorda Pontona uważam za nieco infantylne. W odniesieniu do rzeczywistej jednostki chorobowej wydaje się to też mieć charakter bagatelizujący.

Interesujące były niektóre fragmenty o znanych kobietach, zarówno matkach i nie-matkach, m.in. o Zeldzie Fitzgerald, Lou Andreas-Salomé, Virginii Woolf, Sylwii Plath, Dorris Lessing. Safak przybliża ich prywatne dzieje, niekoniecznie powszechnie znane. Czasem jednak przytoczone historie wydają się zupełnie niepowiązane, chaotyczne.  Brakuje im wspólnego mianownika i celnej puenty.

Nie mogę też nie wspomnieć o moim rozczarowaniu i niedowierzaniu. Ogarnęły mnie one, gdy Safak zdradziła imiona swoich dzieci i powody ich nadania. O ile z imieniem dziewczynki (Zelda) nie mam najmniejszego problemu, o tyle imię chłopca budzi mój głęboki sprzeciw i niepokój. Safak prezentuje swą osobę jako wykształconą pisarkę, a nazywa syna na cześć książki Paulo Coelho – Zahir. Najwidoczniej moje odczucia na temat tego autora dość mocno odbiegają od opinii pani Safak.

Podsumowując, „Czarne mleko” to książka chyba niedopracowana. Owszem, czyta się przyjemnie i lekko, ale szkoda, że Safak nie wyciągnęła z tego bardzo ciekawego pomysłu więcej. Niemniej, polecam, warto sięgnąć i odpocząć przy tym tytule od tradycyjnie skrojonych lektur.

Opublikowano Przeczytane 2012 | 4 komentarzy

Polska atakuje

Skończyłam „Piaskową Górę” Joanny Bator, o której wspominałam w moim podsumowaniu 2011-tego roku. Pisałam, że daleko mi do zachwytów nad tym tytułem, muszę więc nieco skorygować swoją opinię.

„Piaskowa Góra” to w pewnym sensie arcydzieło. Genialny, nasycony język; świetnie skonstruowana opowieść. Każdy bohater, nawet ten najmniej znaczący, ma swoją historię. Poznajemy więc dokładnie wszystkich bohaterów. Dzięki temu, teoretycznie możemy lepiej ich zrozumieć, wytłumaczyć,  mając pełen obraz danej osoby. Wątki splatają się pięknie i zataczają pełen okrąg, co przy znacznej ilości postaci, jest nie lada sztuką.

Książka snuje się wokół dwóch kobiet – Jadwigi Chmury i jej córki Dominiki. Jadzia, którą poznajemy jako dziecko, jako dorosła kobieta – wielbicielka koloru lilaróż (genialne!) i Enerefu, żyje sobie zwyczajnie. Czas upływa jej pomiędzy pracą, gotowaniem oraz krótkimi momentami szczęścia podczas oglądania „Isaury”. Chciałaby mieć wzorcową córkę, a trafiło jej się „fiksum-dyrdum”(odchylenie od normy), w dodatku z „buszmeńskimi” włosami. Jak już wcześniej wspominałam, o Jadzi dowiadujemy się wiele, sięgając wstecz do wydarzeń dotyczących jej dziadków. Fascynujące są losy opisywanych rodzin i możliwość obserwacji, jak popełniane błędy lubią się powtarzać.

Rodzi się pytanie, co mi się w tej książce nie podobało? Drażniła mnie polskość. Polskość w najgorszym wydaniu, szaro – bura, zawistna, ograniczona. Smutni ludzie i ich smutne, przegrane życia. Można to autorce poczytać za zaletę, że potrafiła tak dokładnie oddać  taką charakterystyczną mentalność. Z drugiej strony, bohaterowie i ich postawy drażnią aż do bólu. Czy nikt nie może się wyrwać z tego zaklętego kręgu niespełnionych marzeń? Może uda się to Dominice?

Nie podobała mi się też zwyczajna banalność, schematy, na które nie chcę się godzić. Nie znaczy to jednak, że Bator nie pokazała prawdy, bo tego zarzucić jej nie można. Uwidacznia fakty, o których lepiej nie pamiętać.

Kiedy myślę, że w Polsce rzeczywiście ludzie nadal myślą i funkcjonują na zasadach opisanych w książce, najchętniej pakowałabym walizki i emigrowała. Przerażają mnie te postawy, ograniczone horyzonty. Szczególnie w początkowych etapach czytania, bardzo silnie odstręczało mnie to od dalszej lektury. Powoli przyzwyczaiłam się do rozmaitych „fiksum-dyrdum, bożesztymój” i dalsze obcowanie z książka nie było już tak straszne, czasami wręcz autorka doprowadzała mnie do śmiechu.

2012-ty rok rozpoczyna się u mnie mocnym akcentem polskim, a rzadko sięgam po ojczystych autorów. W kolejce już najnowsza Nurowska – „Drzwi do piekła” i Marian Pilot ze swoim „Pióropuszem”. Oczywiście jestem też w trakcie „Chmurdalii” – drugiej części dziejów Jadwigi i Dominiki Chmury.

„Piaskową Górę” polecam, niesamowita książka. Oby więcej takich wychodziło spod polskiego pióra! Myślę, że byłaby to genialna, choć niełatwa lektura szkolna.

Opublikowano Przeczytane 2012 | 5 komentarzy

Walka o wolność

Od dawna chciałam przeczytać „Miasto ryb”, więc gdy zobaczyłam ten tytuł za pół ceny u krakowskiego straganiarza, nie wahałam się ani chwili, choć próbowałam się jeszcze targować ;-)

„Miasto ryb” to nietypowa książka. Rozpoczyna się niewinnie, ot kolejna rodzinna historia. Szybko jednak pojawia się wątek kryminalny, za nim na scenę wchodzi wielka polityka. Kiedy główna bohaterka – Ała Babylowa, zaczyna dosłownie wędrować w przeszłości, czytelnik zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem coś mu nie umknęło, może czytał nieuważnie.

Autorka stworzyła coś na wzór patchworkowego pledu – zmiksowała wiele literackich gatunków, pocięła je na kawałki i uzyskała ciekawy, acz kontrolowany chaos.

Przyznam, że nie przepadam za przesadzoną wielotorowością. W przypadku „Miasta ryb”, gatunkowa polifonia jest całkiem znośnia. Gdyby nie kwestia wędrowania do przeszłości, z pewnością odebrałabym tę książkę lepiej. Lubię konsekwentną „czystość”, jeśli chodzi o książkowy realizm. Mogę zakochać się w opowieści o duchach, ale raczej nie toleruję mieszania świata rzeczywistego i fantastyczn0-bajkowego.

Najbardziej, o dziwo, urzekła mnie przedstawiona sytuacja polityczna. Siostra Ały, silnie zaangażowana w nadchodzące wybory, ściąga na główną bohaterkę kłopoty. Dla osób, które stan wojenny i okres PRL-u znają tylko z pośrednich relacji, ta warstwa książki będzie szzególnie interesująca. Z jednej strony wydarzenia mające miejsce wydają się całkowicie niewiarygodne, ale gdy weźmie się poprawkę na panujący ustrój, wszystko wydaje się możliwe. Postawa Ały i jej siostry budzą podziw, dają nadzieję. Pokazują, że zmiany mogą postępować z dołu, od zwykłych, „szarych” obywateli. Wiąże się to jednak ze sporymi wyrzeczeniami i kosztami, na które nie każdy jest gotowy.

Podsumowując, „Miasto ryb” to interesująca książka i intrygujące spojrzenie na świat. Kto lubi realizm magiczny, z pewnością będzie zadowolony z lektury.

Opublikowano Przeczytane 2011 | 2 komentarzy

Koniec i początek

Znów przyszedł czas na końcowo-roczne podsumowania!

Przede wszystkim muszę odnotować swoją przeprowadzę z bloxa na rzeczoksiazkach.pl. Prace postępowały powoli, ale się udało :-)

Czuję się też zobowiązana zaprezentować oficjalnie stosik znaleziony pod choinką:

pod choinką

Od góry:

Cormac McCarthy „Suttree”

John Harding „Siostrzyca”

Elif Safak „Czarne mleko”,

oraz stosik zakupiony podczas świątecznego wypadu do Krakowa:

Z Krakowa

Od góry:

Alberto Moravia „Pogarda”

Richard Yates „Miasteczko Cold Spring Harbor”

Richard Yates „Wielkanocna parada”

Natalka Babina „Miasto ryb” (przeczytałam podczas podróży powrotnej, recenzja na dniach!).

Jeśli chodzi o moje statystyki czytelnicze, to pomimo prawie 2-miesięcznej przerwy w czytaniu dla przyjemności z przyczyn naukowych na początku roku, przedstawiają się one całkiem nieźle. W 2011. przeczytałam 52 książki, co jest wynikiem lepszym niż 44 lektury w roku 2010. Nie zapominajmy jednak, że najważniejsza jest jakość, a nie ilość ;-) Przyznam, że z jakością w tym roku nie było najlepiej…

Spośród pochłoniętych przeze mnie książek, najbardziej zostały mi w pamięci:

-„Powrót do Missing” Abrahama Verghese

- „Służące” Kathryn Stockett (polecam też film!)

- „Opowieść żony” Lori Lansens

- „Projekt szczęście” Gretchen Rubin

Nic na miarę Prousta, ale wartościowe lektury.

Niestety nie udało mi się skończyć „Czarodziejskiej góry” Manna, ostatnie 200 stron czeka cierpliwie już ponad rok!

Jestem w połowie „Opowieści wdowy” J. C. Oates, którą z pewnością ukończę, jednak nie w tym roku. Przebijam się też dzielnie przez zachwalaną „Piaskową górę” Joanny Bator, aczkolwiek daleko mi do zachwytów. Została mi też do przeczytania spora część „Szelmostw niegrzecznej dziewczynki” Llosy, czego, przyznam z zawstydzeniem, nie wypatruję z radością. Książka nie przypadła mi do gustu, ale postanowiłam, że muszę taką klasykę skończyć i słowa dotrzymam :-)

Cóż, pozostaje mi zatem życzyć Wam szampańskiej zabawy i szczęśliwego Nowego Roku z samymi pięknymi opowieściami!

Opublikowano okolicznościowe | 9 komentarzy