Kiedy Bóg był królikiem, świat był piękny i kolorowy, a życie beztroskie. Potem Bóg odszedł i wszystko się skomplikowało. Tak pokrótce można by streścić świetną ksiażkę Sarah Winman.
„Kiedy Bóg był królikiem” to ciekawa historia rodzinna, przedstawiona z perspektywy córki. Elly poznajemy jako dziewczynkę i wraz z nią kroczymy w czasie i przestrzeni, razem dorastając i mierząc się z dorosłością.
W powieściach, w których czytelnik śledzi życie bohaterów od dzieciństwa, zawsze ta pierwsza część wydaje mi się najbardziej interesująca. Zaczynam się nawet zastanawiać, czy to nie jakaś dziwna tęsknota za beztroskimi latami dzieciństwa
Z drugiej jednak strony, niezmiennie ciekawią mnie opisy odbioru rzeczywistości przez dziecko. Bije z nich świeżością, radością. Nie inaczej jest w przypadku tej książki.
„Kiedy Bóg był królikiem” obfituje w barwnych, intrygujących bohaterów. Mamy całą plejadę osobowości, a w związku z tym różne spojrzenia na życie. Aż chciało by się wejść w stworzony przez Winman świat i porozmawiać z tymi ludźmi.
Główna postać książki – Elly odstaje od innych. Od kiedy pamięta czuła się tzw. outsiderem. Przyjaźni się ze starszym bratem, łączy ich bardzo silna więź. W szkole poznaje Jenny Penny – niepospolitą dziewczynkę, która od razy podbija jej serce. Te dwie najważniejsze dla Elly osoby wyznaczają granice jej świata i tej opowieści.
„Kiedy Bóg był królikiem” dotyka bardzo wielu ważnych kwestii, m.in. molestowania seksualnego, homeseksualizmu, wydarzeń z września 2001 r. Problemy te poruszone są w bardzo subtelny sposób. Nie ma sztucznego przeładowania, wszystko jest wyważone i ładnie zaakcentowane. Książka skupia się jednak na rodzinie. Pokazuje, że nawet w obecnym, nowoczesnym świecie, rodzina może być ostoją, podporą, siłą. Nie jest to tylko sztuczny obrazek, ale bardzo przekonująca wizja.
Ta słodko-gorzka przypowieść dodaje otuchy. Wydaje się nieprawdopodobna, a jednocześnie magia jak na wyciągnięcie ręki. Prawie jak książka z morałem, która zachęca, by marzyć i próbować, bo każdemu może się udać.
Dawno nie czytałam tak pozytywnej, fajnej książki. Czytając, śmiałam się głośno, bo „Kiedy Bóg był królikiem” to powieść pełna humoru, jakich mało. Poniżej dwa fragmenty, które mam nadzieję jeszcze bardziej zachęcą Was do lektury!
„To było zwykłe nieporozumienie. Wspomniałam tylko, że moim zdaniem Jezus Chrystus był wpadką, i tyle, nieplanowaną ciążą.
-Nieplanowaną, a to dobre! – wrzasnął pastor. – Skąd w tobie ta bluźniercza ohyda, ty bezbożne dziecko?”.
O tytułowym Bogu
„Trzymałam ostatnie zdjęcie królika przed zdumionymi twarzami reszty klasy.
- …więc w Boże Narodzenie bóg zjawił się w końcu, żeby ze mną zamieszkać – skończyłam triumfalnie.
Umilkłam z szerokim uśmiechem i czekałam na aplauz. Nie doczekałam się jednak. Cisza zaległa w klasie, niespodziewania mrocznej. Żarówki na suficie na nic się zdały, żółte i bezużyteczne wobec burzowych chmur gromadzących się na zewnątrz. I nagle, nowa dziewcyzna, Jenny Penny, zaczęła klaskać i pokrzykiwać.
- Cisza! – krzyknęłą nauczycielka, panna Grogney, której usta stały się kreską mało świątobliwej nienawiści. Nie wiedziałam, że była wytworem misjonarek, które spędzały całe życie, głosząć chwałę Pana w niegościnnych ostępach Afryki, by później przekonać się jedynie, że muzułmanie byli tam pierwsi. Zaczęłam iść w kierunku swojej ławki.
- Zostań, gdzie jesteś – powiedziała stanowczym tonem panna Grogney, a ja posłuchałam, czując jak pęcherz ciśnie mnie coraz bardziej. – Uważasz, że to właściwe nazwać olbrzyma… – zaczęła panna Grogney.
- Właściwie to zwykły królik – Jenny Penny weszła jej w słowo. – Tylko nazywa się olbrzym belgijski…
- Uważasz, że to właściwe nazwać królika bogiem? – mówiła dalej z emfazą panna Grogney. Wyczułam, że to podstępne pytanie.
- Uważasz, że to właściwe powiedzieć: „Zabrałam boga na smyczy do sklepu”?
- To właśnie zrobiłam – odpowiedziałam.”
Mogłabym przytoczyć jeszcze wiele, ale nie chcę psuć Wam lektury. Przeczytajcie koniecznie!

Dzisiaj(teoretycznie już wczoraj) Światowy Dzień Książki, więc składam wszystkim molom książkowym najlepsze życzenia! Przyznam, że nie odczułam w tym roku nastroju tego „święta”. Udawało mi się zawsze z tej okazji upolować kilka tytułów na różnych promocjach, w tym roku jednak promocji za bardzo nie było…