
Tyle już o tej książce napisano, iż nie wiem, czy potrafię dodać coś odkrywczego od siebie.
„Bornholm, Bornholm” to literatura na poziomie, napisana w sposób ciekawy i ujmujący.
Mamy tu dwie interesujące męskie historie. Horst Bartlik to przeciętny nauczyciel biologii, ojciec dwojga dzieci, mąż. Człowiek raczej biernie unoszony przez prąd życia. Drugi bohater – mógłby powiedzieć: nie udało mi się życie z powodu toksycznej matki. I nie można odmówić mu racji.
Te dwie opowieści splatają się w pewną ciągłość. Możemy spojrzeć na postaci pod innym kątem, przefiltrować ich zachowania przez pryzmat genetycznego uwarunkowania.
Pomimo, iż kobiety wydają się grać w tej książce rolę drugoplanową, to one są katalizatorem wszystkich wydarzeń. Głównym bohaterom brakuje siły, odwagi. Chowają się za kobietami, winiąc je o swoją nieudolność. Co ciekawe, to też te podłe, złe kobiety pchają mężczyzn do zmian; czasem nieświadome swojej roli poszerzają męskie egzystencjalne perspektywy.
„Bornholm, Bornholm” pokazuje w piękny sposób obraz człowieka rozdartego. Rozdartego między potrzebą miłości a własnym ego. Klimko-Dobrzaniecki szkicuje postaci słabych ludzi, którzy nie potrafią dojść z samym sobą do kompromisu, aby później żyć w zgodzie ze światem.
Cieszę się bardzo, że nareszcie mogłam raczyć się piękną, polską lekturą. Zachęcam do przeczytania książki tych, którzy jeszcze nie mieli okazji. „Bornholm, Bornholm” to nostalgiczna, refleksyjna opowieść; trudno się od niej oderwać.
Ocena: 5/6


Czaję się na ta książkę już od jakiegoś czasu
Nie mogę się więc doczekać kiedy trafi w moje łapki
Dobrze jest dowiedzieć się o polskiej książce, którą warto przeczytać.