Każdy kojarzy chyba Norę Ephron – amerykańską scenarzystkę i reżyserkę („Bezsenność w Seattle”, „Kiedy Harry poznał Sally”, „Masz wiadomość”, ostatnio „Julie&Julia”). Tym razem Ephron próbowała swoich sił jako pisarka, właściwie felietonistka. Efekt tej próby określiłabym delikatnie jako średnio udany.

Książki nie sposób przeczytać ot tak, na raz. Trzeba do niej wracać, jeśli jest się na tyle zdeterminowanym, by przebrnąć przez całość. Zdarzają się (rzadko) zabawne fragmenty, nawet kilka, które można podciągnąć pod refleksyjne. Większość tekstów zbudowana jest na powszechnych komunałach, np. o zawartości kobiecej torebki. Niestety z felietonów wieje pustką. Ephron nie ma nic do przekazania. Raczy czytelnika historyjkami ze swojego życia, które, przyznam, mogłyby być ewentualnie interesujące w jakimś plotkarskim magazynie. Jej teksty to idealny przykład tzw. mowy-trawy, czyli jak napisać kilka zdań o niczym.
Książki nie polecam. Męczyłam ją kilka miesięcy, ale jestem z siebie dumna, że dobrnęłam do końca:-)


Może lepiej niech Ephron powróci do komedii romantycznych…
Dokładnie
tytuł interesujący, ale zawartość już mniej…
oraz bardzo ładna nowa odsłona!
Dziękuję