Blackout

„Blackout” to wybitnie przereklamowana książka. Kupiłam ją pod wpływem wielu zachwytów w sieci i innych mediach. Dla mnie to wielkie rozczarowanie i żal wydanych pieniędzy.

Pewnego zimowego dnia w całej Europie następuje przerwa w dostawie prądu – pełne zaciemnienie. Włoski informatyk i były haker Piero Manzano podejrzewa, że może to być zmasowany elektroniczny atak terrorystyczny. Próbując ostrzec władze, sam zostaje uznany za podejrzanego.

W próbie rozwiązania zagadki stara się mu pomóc dziennikarka Lauren Shannon. Im bliżej będą prawdy o przyczynie zaistniałej sytuacji, tym większe ich zaskoczenie oraz niebezpieczeństwo, na jakie się narażają.

Tymczasem Europa pogrąża się w ciemności. Zaczyna brakować podstawowych środków do życia: wody, jedzenia, ogrzewania. Wystarczy kilka dni, by zapanował chaos na niespotykaną skalę.

Thriller naukowy „Blackout” (i powieść sensacyjna w jednym) realistycznie przedstawia prawdziwie czarny scenariusz wydarzeń, których prawdopodobieństwo jest tym większe, im bardziej nasze codzienne życie uzależnione jest od elektroniki. Dopóki jest prąd, jesteś bezpieczny…

Autor tej okładkowej noty nie zna chyba znaczenia słowa naukowy. Fakt, iż Marc Elsberg zanudza nas fachowym bełkotem dotyczącym programowania, nie świadczy doprawdy o tym, że mamy do czynienia z książką naukową. Jeśli zaś chodzi o thriller, to wybaczcie, ale akcja ciągnie się, brzydko mówiąc, jak flaki z olejem. Jestem pełna podziwu dla własnej wytrwałości – przebrnęłam przez prawie 750 stron mega nudy. Na pewno nie było warto! Czas poświęcony na lekturę „Blackout” to czas bezpowrotnie utracony, który mogłam lepiej spożytkować….

Dlaczego więc tak się męczyłam? Szczerze mówiąc, sama nie wiem. Najpierw mówiłam sobie: trzeba tylko poczekać na rozwinięcie akcji. Niezwykle denerwowało mnie to, iż autor wprowadził zbyt wielu bohaterów. Postaci były bezbarwne i płytkie, a ich liczba wprowadzała tylko niepotrzebny chaos. Później chciałam się dowiedzieć, kto stoi za awarią. W ten sposób jakoś dobrnęłam do końca…

Naprawdę dziwi mnie fascynacja tym tytułem. Owszem – taka awaria w dostawie prądu może się zdarzyć (oby nigdy!), ale co z tego? „Blackout” walorów literackich nie posiada żadnych. Nazwijmy rzecz po imieniu – to są jakieś nędzne wypociny. Książka jest męcząco nudna, autor pisał chyba dla wierszówki. Polecam dla porównania zapoznać się z „Miastem ślepców” Saramago – to jest dopiero literatura!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane 2015 i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Blackout

  1. J. pisze:

    Pewnie przez tę mierną kreację postaci tak Ci się dłużyło… Też tak często mam.

  2. nina pisze:

    Co slychac w wielkim swiecie? 🙂

  3. Pingback: Co nas nie zabije | Rzecz o książkach

  4. Andrzej_C pisze:

    Autorce komentarza niestety brak wiedzy i wyobraźni.
    Niestety rzeczywistość mogłaby nawet przerosnąć fantazję autora. Pewnie niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę.
    Pewnie nie jest to wielka literatura, ale oddaje grozę sytuacji i w miarę realnie przedstawia potencjalne scenariusze rozwoju wypadków.
    Na tle zalewającej nas fali cegieł nie do strawienia jest to uzasadniony opis możliwego rozwoju wypadków.
    Oczywiście nie życzę sobie ani nikomu takiego rozwoju wypadków, jednak warto uświadomić malkontentów, że być może zło czai się za rogiem.
    Niech sobie żyją w nieświadomości jak najdłużej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *