Mam na imię Lucy

„Mam na imię Lucy” Elizabeth Strout to mocna kandydatka na moją książkę roku 2016. Pięknie napisana, subtelna, delikatna, po prostu magiczna! Z uwagą i zaniepokojeniem czytałam kolejne strony – książka jest niestety krótka – liczy tylko 224 strony.

Lucy Barton, dojrzałą kobietę, pisarkę wychowującą dwójkę dzieci, podczas przedłużającego się pobytu w szpitalu odwiedza niewidziana od lat matka. Niewinne rozmowy o ludziach z przeszłości otwierają furtkę do bolesnych wspomnień: biedy, wykluczenia i rodzinnych tajemnic.

Nieco trudno to  dostrzec na zdjęciu, ale okładka książki pięknie współgra z treścią – wysublimowana i elegancka. To doskonały materiał na prezent dla kobiety.

Nie rozumiem, dlaczego tytuł nie został przetłumaczony dosłownie (‚My name is Lucy Barton’) – czyli powinno być „Nazywam się Lucy Barton”. Nie ma tu przecież wielkich zawiłości językowych…

„Mam na imię Lucy” to strumień świadomości dojrzałej kobiety, która zapadła na mityczną, bliżej nieokreśloną chorobę. Zawsze mnie takie choroby jako lekarza niezwykle ciekawią, ale i denerwują, gdyż są to głównie jednostki fikcyjne. W tym przypadku prawie się nie przejęłam, co świadczy tylko wyjątkowo dobrze o książce!

Lucy wspomina swoje życie niechronologicznie, przeskakując od czasu teraźniejszego, do przyszłości i przeszłości. Pośród tych jej reminescencji ukryta jest jakaś trauma z dzieciństwa, nie do końca zdefiniowana. Lucy przygląda się swojemu życiu z godnością i stoickim spokojem. Myślę, że właśnie dzięki temu jej refleksje są tak urzekające.

Po lekturze „Mam na imię Lucy” nabrałam nawet ochoty na przeczytanie innych książek autorki, nawet „Olive Kitteridge”. Bardzo się zraziłam do tego tytułu po obejrzeniu mini-serialu. Myślę jednak, że dam jej drugą szansę 🙂 Na 28-go września zaplanowana jest polska premiera „Braci Burgess” – wiem, że pomimo postanowienia ograniczenia zakupów książkowych, jeden egzemplarz będzie mój!

Zostawiam Was z wynotowanymi fragmentami i polecam książkę Waszej uwadze – naprawdę warto przeczytać!

„Wielu z nas wielokrotnie uratowała dobroć obcych ludzi, ale po chwili zastanowienia uznajemy, że zdanie to brzmi banalnie, jak hasło na samochodowej naklejce. I właśnie to mnie smuci, fakt, że piękne i prawdziwe stwierdzenie jest używane tak często, że staje się powierzchowne, jak hasło z naklejki.”

„Interesuje mnie to, jak znajdujemy sposoby, by czuć się kimś lepszym od innej osoby lub grupy. Tak jest zawsze i wszędzie. Nieważne, jak to nazwiemy, ale uważam, że to najgorsza strona naszej osobowości, ta potrzeba znalezienia kogoś, kogo moglibyśmy poniżyć.”

Ten wpis został opublikowany w kategorii Przeczytane 2016 i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Mam na imię Lucy

  1. zaczytana2 (Magda) pisze:

    Ten ostatni cytat daje dużo do myślenia, dobrze że go sobie zanotowałaś i z nami się nim podzieliłaś 🙂

  2. Pingback: The Woman Who Stole My Life | Rzecz o książkach

  3. naia pisze:

    Tyle dobrego naczytałam się o prozie Strout, że kiedy dostałam od siostry kartę prezentową do Empiku, wiedziałam, że muszę wybrać właśnie „Mam na imię Lucy”. Jeszcze jej nie przeczytam, ale nie mogłam się powstrzymać i zaraz po wyjściu z księgarni, w parku, pochłonęłam kilka pierwszych stron. I rzeczywiście, od pierwszych słów promieniuje empatią, ludzkim ciepłem i takim… smutkiem, ale dobrym smutkiem. Utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że to był dobry wybór. Z wielką przyjemnością przeczytam całość, dzięki!

    • nenneke pisze:

      Mam nadzieję, że jesteś zadowolona:) Wczoraj siłą(woli) odciągnęłam się od „Braci Burgess” w księgarni, przeczytałam pierwszy akapit i od razu poczułam tą samą magię, co przy Lucy! Egzemplarz zamówiony i weekend zabookowany w związku z tym:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


× dwa = 6